Loki, Nowy York
Gdy
przyniosłem Bellonie wodę i podałem pilota, wróciłem do pokoju. Dosłownie
rzuciłem się na łóżko. Byłem wściekły. Przez trzy dniu, będąc w na górze, musiałem ukrywać emocje, ale teraz jakoś nie widziałem potrzeby. Krzyknąłem na
cały pokój głośne „kurwa” i zacząłem rzucać poduszkami dosłownie we wszystko.
Byłem zły jak cholera.
W
górach niczego nie było, niczego tam nie znalazłem. Moje sztylety przepadły jak
kamień w wodę. Nie mam zielonego pojęcia, co się stało, ale ktoś je ukradł. Nie
było żadnych śladów, niczego. Z nerwów podpaliłem całą jaskinię moim zielonym
ogniem, a gdy wróciłem do Bellony, zdałem sobie sprawę, że pozbawiłem ją źródła
ciepła. O tyle dobrze, że spała. Jednakże skutki mojej lekkomyślności były
kolosalne. Już się bałem, że ona nigdy nie będzie mogła już chodzić. A jednak
wyślizgnęła się. Ta to dopiero ma szczęście. Zawsze jej się uda. Zresztą tak
samo jak mi.
Ostatecznie
jednak bardzo uśmiechała mi się perspektywa zajmowania się nią. Będę mógł się z
niej ponabijać i poprzyprawiać trochę o te urocze rumieńce, którymi się oblewa
przy każdym moimi intymniejszym słowie lub czynie. Wspaniale.