***Bellona
Norwegia, góry
Jotunheimen
Mgiełka
wydobywająca się z moich ust, co chwilę ulatywała w górę. Było mi coraz
bardziej zimno, ale się nie skarżyłam. Miałam na sobie kurtę, kozaki i
nauszniki, ale to i tak nie wystarczało. Nie byłam przyzwyczajona do klimatu
norweskich gór, w szczególności na skraju jesieni i zimy. Wszystko wokół było
już pokryte śniegiem. W Norwegii zima zaczyna się znacznie szybciej niżeli w
innych krajach europejskich. A ja byłam przyzwyczajona do upalnych popołudni
słonecznej Italii! I jak tutaj wytrzymać w takim mrozie? Najlepsze jest jednak
to, że zupełnie nie wiedziałam, po co Loki nas tutaj zabrał. Nic mi nie powiedział,
zupełnie nic.
Szedł
przede mną. W ręku miał mapę i ani na chwilę nie spojrzał na mnie, czy aby
przypadkiem za nim nadążam, bo tępo utrzymywał zawrotne. Bez najmniejszego
problemu brnął na przód w takim śniegu, w ogóle nie przeszkadzało mu zimno, chociaż
był ubrany dwa razy lżej niżeli ja. Nie miał nic na głowie, ani na rękach,
wziął najzwyklejsze spodnie, nie ocieplane, w dodatku rozsunął sobie kurtkę.
Mistrzostwo! Ciekawa jestem, kto będzie się nim zajmował, gdy zachoruje. Oj,
nie. Na mnie może nawet nie liczyć. Niech ci archaniołowie ślęczą nad nim i
słuchają jego głupich tekstów, ja i tak wystarczająco długo się z nim użeram.